Ostatni tydzień dał mi w kość, może dlatego w weekend mimo pracy i zadań do zrealizowania – zwolniłam całkowicie. Parę przemyśleć z tego czasu i parę wydarzeń, które zawsze uświadamiają kruchość.

  • środa – poranek niby zwyczajny, przygotowania do spotkania z Klientem na ostatniej prostej. W oddali słyszę nieustający od 40 minut dźwięk wody – najdłuższy prysznic narzeczonego. Alert pojawia się w moim umyśle, ale panika pojawia się dopiero gdy widzę jego twarz i błądzący w innej rzeczywistości wzrok. Chwytam telefon, odwołuję spotkanie, przygotowuję myśli do ataku padaczki. Znam te objawy, wiem, co nas czeka. Pół godziny później, atak, spora ilość krwi po przegryzieniu języka i ostatnie siły zabezpieczenia miłości mojego życia podczas ataku. Jednak tym razem po ataku nie mogę go obudzić. Myśli, które mi towarzyszą, to samotność, duża odpowiedzialność i poczucie obowiązku. Pogotowie wezwane, najważniejsze osoby poinformowane, krew z rąk wycieram o koszulkę, rozmazuję ślady krwi na spodniach dresowych – może nie będzie takie widoczne jak ekipa karetki pojawi się w progach mojego mieszkania. Nawet w takiej sytuacji nie chcę być postrzegana jak fleja. Skupienie zabiera ze mnie cała energię i ta niepewność. Ataki padaczki przechodziłam przez całe dzieciństwo z mamą. Najsilniejszy skutkował jej śmiercią. Czy to chichot losu? Czy padaczka jest zapisana w moim życiorysie do końca moich dni?
  • czwartek – nadganiam całą środową robotę, piorę zabrudzone krwią ubrania, czyszczę wybielaczem kanapę, sięgam po nowe leki na ataki paniki i biorę się w garść sięgając po bestseller Kamili Rowińskiej. Jej książki, e-booki zawsze mnie uspokajają. Wiem, że mimo całego bagna wokół jestem na właściwej ścieżce. Mimo zdziwienia najbliższych z powodu ilości codziennej pracy i rezygnacji z etatu już 2 lata temu – wiem, że to moje życie. Angielski odwołany, więc wieczór spędzam na obserwacji narzeczonego – obawa zawsze pozostaje.
  • piątek – od ponad tygodnia dzień w dzień towarzyszy mi pompejanka. Znacie Nowennę Pompejańską? Na różańcu upływają mi spacery z Pablitowskim, połączone z lepszą percepcją codziennych wydarzeń. Już prawie weekend! Ulewa za oknem, ale dzielnie wsiadam do auta i kieruję się do galerii handlowej – kawka i ciacho zawsze dodają energii, a dobra lektura w ręku uskrzydla. W pełni sił i z otwartym umysłem – uruchamiam kolejny projekt – ubranka dla buldoga francuskiego – Pieskieszycie – Facebook i Instagram ogarnięte – oddycham z ulgą. Pierwszy krok do przodu.
  • sobota – przykry komentarz pod jednym z moich wpisów, słowa które uświadamiają mi jak beznadziejną przyjaciółką jestem. Kolejne słowa, które wyjaśniają mi na czym przyjaźń polega. Dziękuję, bo pomimo bólu w sercu i przerażenia utratą cudownej istotki – rozumiem, jak zapatrzoną w swoją chorobę osobą się stałam. Ulga – wiem, co mam robić i jak robić. Umysł wariuje, ale projekty dla Klientów nie będą czekać;] Siadam do pracy całkowicie skupiona na nowych aukcjach Allegro – odmóżdżające, ale i to narzędzie sprzedaży muszę okiełznać. Spoglądam przez okno w zamyśleniu i wtedy pojawia się pomysł – już prawie sierpień, ostatki w wyprzedażach – jeśli nie dziś to kiedy? Nagroda za pracę musi być i tak trafiam na parę ciuszków i kolejne buty do kolekcji. No dobrze kolejne 2 pary, bo decyzja odnośnie wzoru butów okazała się za trudna.

Dziś już niedziela i koniec weekendu – poranne szlajanie się po pchlim targu odhaczone, szybkie śniadanie i przygoda z pracą rozpoczęta. Czas na kolejny projekt.

Sprawdź Podobne Wpisy