Dla wielu wciąż depresja jest przejawem lenistwa i oznaką słabości. Chorobę tę zrozumie wyłącznie osoba z nią żyjąca. A nazywanie depresji chorobą XXI wieku jest formą zbagatelizowania problemu i dowodem znikomej wiedzy na jej temat.

Nie mylmy więc depresji z chwilowym brakiem chęci czy spadkiem nastroju, z reakcją organizmu na problemy, czy osłabieniem spowodowanym niewartościową dietą.

Emocjonalna huśtawka

W moim życiu każdy dzień jest przejażdżka rollercoaster’em. Nigdy nie wiem w jakim stanie obudzę się rano, i z jakimi demonami umysłu przyjdzie mi się zderzyć. Są poranki pełne optymizmu i nadprogramowej energii, kiedy to o 6 rano już z laptopem na kolanach, obrabiam kolejne maile Klientów. Ale to nie standard i nigdy nim nie będzie. A najważniejsze jest to zaakceptować. W dniach zjazdów w pędzącej kolejce, nie mam siły na podstawowe czynności, a co dopiero kreatywne podejście do projektów i codzienną bieżączkę. W tych dniach mówię STOP. I taki oto styl bycia przyjęłam. Jeśli jesteście na silnych lekach, emocjonalne zjazdy są mniej impaktowe i przechodzą prawie bezboleśnie. Kiedy jednak przerwiecie branie leków bez konsultacji z lekarzem – wtedy dopiero zauważacie siłę depresji i swoją drugą twarz. Są różne stopnie nasilenia choroby. W moim przypadku gorszy dzień oznacza dosyć destrukcyjną przemianę osobowości, zabiera bardzo dużo energii i podcina skrzydła przy każdej próbie działania. Może dlatego wybrałam samozatrudnienie – żeby już się tak nie katować, mówiąc, że muszę wstać, iść do pracy, założyć maskę i przeżyć te 8 godzin, te dni byle do weekendu. A wiele lat tak żyłam. Wzbudzając w sobie poczucie obowiązku, katując swój umysł w jego najgorszym stadium.

Nie oszukuj się!

Żyjąc z depresją dwubiegunową od kilkunastu lat, znosiłam wiele – pracowałam 2 razy więcej by zagłuszyć gorszy nastrój, zakładałam maskę najszczęśliwszego człowieka na ziemi bawiąc się w błazna w najbliższym towarzystwie. Doprowadziłam się do stanu, kiedy to brak sił i niemożność koncentracji powodowała opóźnienia i błędy w codziennych obowiązkach. To z kolei budziło w umyśle jeszcze większą niechęć i lawinę negatywnych epitetów pod własnym adresem. A pamiętajcie, jeśli sami jesteście dla siebie wrogiem, nikt z zewnątrz nie poskleja Was do kupy. I ja takim popękanym wazonem byłam, i nawet kiedy odłamki zaczęły opadać na dno, nadal udawałam, że problemu nie ma. Zawsze byłam tym najpilniejszym, najbardziej zaangażowanym pracownikiem. Niestety za cenę zdrowia. Z depresją nie ma żartów i mimo, że jesteśmy mistrzem udawania idealnego życia, będąc w czarnej dupie – szybko energia i na to się skończy. Tak było w moim przypadku. Dajcie sobie taryfę ulgową i chwilach mniejszych sił i nie traktujcie się jak robota w dniach nadprzyrodzonych mocy. Wszystko z umiarem.

Etat czy własna firma?

Wiadomo, że samozatrudnienie nie jest dla wszystkich i wiąże się nierzadko w większym stresem, a już na pewno z większą odpowiedzialnością. Jednak ma swoje walory, a swoboda, brak sztywnych godzin pracy dla mnie okazały się zbawienne. Gdybym sama prowadziła firmę, byłoby o wiele trudniej, zwłaszcza z obsługą Klienta w te gorsze dni. Bo jeśli nie macie sił iść do kuchni po szklankę wody, tym bardziej rozwiązywanie cudzych potyczek biznesowych graniczy z cudem. Nie mówiąc już o kreatywnej twórczości. Na etacie nierzadko nie ma się wyjścia, musicie stawić się w pracy na daną godzinę. A zawalani kolejnymi zadaniami z własnym bagażem umysłowego dna – widzicie czarną dziurę w postaci następnego dnia. Nie powiecie, mam depresję i dajcie mi spokój. Bo to praca a nie przedszkole. Czy zatem warto poinformować kogoś w pracy o swojej chorobie? Tak, ale powinny o tym wiedzieć nieliczne osoby. Ja dzieliła się tym tylko z przełożonymi lub najbliższymi współpracownikami, których praca była uzależniona od wykonywania zadań przeze mnie. Chodzi też o zaufanie. I odradzam informować podwładnych z oczywistych względów.

Sukces dzięki depresji czy pomimo depresji?

No właśnie, czy można do czegoś dojść z tą chorobą. Tak, i więcej – można spełniać swoje marzenia, wspinać się po drabinie kariery i rozwijać swoje biznesy. Ale to wymaga zastosowania paru zasad i dziś się nimi z Wami podzielę.
  • regularnie bierzcie leki (jeśli macie je przepisane)
  • regularnie uczęszczajcie na psychoterapię (jeśli macie takie zalecenia)
  • pamiętajcie o odpoczynku, porządna dawka snu pomoże umysłowi na koncentrację i lepsze panowanie nad myślami
  • sport – brzmi banalnie, ale czyni cuda
  • dieta – dostarczenie właściwych składników organizmowi jest znakiem dla umysłu, że o siebie dbacie a tym samym rusza cały mechanizm zwiększania energii
  • nie podejmujcie decyzji i działań w dniach gorszego samopoczucia, często nie będą to Wasze myśli i wnioski, porzućcie akcje w takich dniach

Skąd wiedzieć czego chcę?

To był mój największy problem. Często moje działania traciły sens, często kierowałam się emocjami w podejmowaniu decyzji i super pomysł z dni hiper-energii był beznadziejną klapą w chwilach dołków. Mój sposób na każdy większy cel był prosty, poświęcałam mu tydzień. Każdego dnia przez tydzień, spisywałam cel, jego problematykę, zagrożenia itd. jeśli po tygodniu nadal moje chęci nie opadały, przystępowałam do działania. I wiecie co dodawało mi sił? Wiedząc, że nie mogę ufać swoim osądom w dniu całkowitego dołka, w lepszy dzień nagrywałam video. Tak, nagrywałam przekaz, który potem – tracąc energię będę mogła zobaczyć i poczuć pasję, odnaleźć nadzieję. Nierzadko nie mogłam uwierzyć jak bardzo te dwie osobowości się różniły, a jednak widząc swój optymizm i ogromne chęci stojące za przekazem, zaczęłam wierzyć, że się uda.

Sprawdź Podobne Wpisy