02 04

Zmiany, zmiany, zmiany… W końcu przestałam planować życie, a zaczęłam żyć. I to jest największa zmiana w umyśle, a idące za tym konsekwencje w codzienności napawają mnie jeszcze większym optymizmem.

Styl pracy i bezcelową obsługę klientów zamieniłam na realizowanie siebie, markę z Allegro przerzuciłam koncepcyjnie na Ebay (o tym niebawem), pokochałam techniki mindfulness i zaczęłam doceniać chwilę, a właściwie ją zauważać.

I tak jak, jeszcze parę tygodni temu, bałam się oceny innych, tak teraz nawet jej nie zauważam i odważnie wyłapuję wszystkie pragnienia w swoim umyślę. Nie pędzę, potrafię leżeć na kanapie skanując każdy mięsień swego ciała, potrafię wyjść z Pablitem nie planując listy zadań na następne godziny, potrafię położyć się w wannie z ulubioną lekturą w dłoni.

Ogromną energię czerpię z pracy ze studentami, decyzja o wykładaniu w języku angielskim była jedną z lepszych w moim życiu. I nie oceniam jej pod kątem finansowym, choć i w tej materii nie mogę narzekać (w końcu prestiżowa uczelnia), ale cotygodniowe doświadczenie, nowe pomysły i interakcja, uświadamiają mi idealnie spędzony czas.

Jestem za 1. etapie zakupu mieszkania, z czego cieszę się najbardziej. Mój umysł krąży wokół miliona pomysłów DIY i stylu vintage – cała ja. Najcudowniejsze w tym wszystkim będzie zapewnienie Pablitowi jak najlepszych warunków do leżakowania, spacerowania i braku zagrożeń. Teraz pewnie pomyślicie, że zwariowałam, wybierać mieszkanie pod psiaka. Ale z racji pewnych planów przyszłościowych, nie chciałabym w tej chwili kupić mieszkania z myślą o następnych 40 latach mojego życia. Decyzja o życiu w Polsce nie zapadła i nie zapadnie. A w obecnej chwili zbieram energię do jeszcze większych zmian i odważniejszych decyzji.

Choroba już wystarczająco pokrzyżowała mi ostatnie 15 lat, aby ciągnąć jej skutki, jeszcze przez kolejne. Choć gdyby nie ona, nie byłabym tak ambitną osobą, z ogromnym bagażem doświadczeń. Nie budziłabym się codziennie obok najcudowniejszego faceta na świecie i nie dostawałabym tysiąca buziaków od czworonożnego uparciucha. Co więcej, nie zbudowałabym niezwykłej relacji z siostrą i nie pokochałabym tak bardzo osoby, które nazywam swoimi przyjaciółmi. CHAD wielokrotnie pokazał mi moje miejsce, ale też wzmocnił silną wolę. I bynajmniej nie jest to przyjaciel z podwórka. Dziś już nie zabiegam o uwagę, a najbliższe środowisko poddałam zdrowej selekcji. To ja wybieram partnera do rozmów, czas odpoczynku i wartości, którymi się kieruję.

Z równie ważnych wydarzeń ostatnich paru dni, Pablito jest już po operacji a mieszkanie wygląda jak weterynaryjny szpital. Chory buldog to jak chore niemowlę, choć moja bulwa należy to wyjątkowych pacjentów, ale też topowych graczy-symulantów. Korekta nosa przeszła pomyślnie i dziś maluch biega ze szwami na nosku i kołnierzu na szyi hacząc wszystko naokoło. Noce: pierwsza zakończona 4-godzinnym snem, kolejne o niebo lepsze. Warunki: materac na podłodze w salonie, stał się moją bazą dowodzenia i bagażem buldożego pyszczka na brzuchu i choć konto bankowe się uszczupliło, to i tak widzę na paragonie weterynajryjnym tylko te zera i nie skupiam się na cyfrze przed nimi. Patrząc na śpiącą, chrapiącą świnkę, uśmiech mi z ust nie schodzi, czasami life pays back.

Patrząc wstecz widzę ilość zmian, 2 kroki do przodu, parę do tyłu i tak przez życie. Mam świadomość, że zmiany wiele osób przerażają, wprowadzają niepewność i kierują ku nieznanemu. Ale to lepsze niż stagnacja, pamiętajcie.