05 04

Ostatnie dni minęły w mgnieniu oka. Codzienna rutyna porannej kawy, procesu pracy i wymyślanie sposobu na przetrwanie wieczoru – niekoniecznie wymarzony czas. Jestem ewidentnie w fazie buntu – trudno zaakceptować mi to wieczne siedzenie w czterech ścianach, a urozmaicanie czasu serialami – hmm, co by tu dużo wyjaśniać – NUDY. Choć gdyby iść tym tropem, a ponoć inteligentne osoby się nie nudzą, zaczynam podważać mój poziom IQ.

Każdego dnia przekonuję samą siebie, że dzień będzie super, że to tylko 8 h pracy korporacyjnej, parę dodatkowych rzeczy i ćwiczenia, ja swoje, mój umysł swoje. Nigdy wcześniej nie czułam tej niechęci, tej bezsensowności obowiązków i obecny stan zawieszenia – bynajmniej nie pomaga wrócić rozumem na właściwą ścieżkę. Pora rozpisać plan? Ale czy jakiekolwiek założenia mają sens w sytuacji, gdy nawet jutro stoi pod znakiem zapytania?

Jeśli nie plan na kwiecień to chwila wspomnień, gdzie się podział marzec;]

Bunt na pokładzie

Skupiam całą energię na medytacji – w swoich wizjach dostrzegam siebie wchodzącą na swego rodzaju górę, ale dosyć ciemne podłożę, być może wulkan (?). Czuję wówczas wolność i zaczynam doceniać siebie. Nie wiem czy to kierunek działania dla mnie, czy może nieświadome wspomnienie z Lanzarote. Ale z jakiegoś powodu ten jeden urywek wydarzenia wciąż powraca w wizjach. A szczegóły, jakie pozostają w moim umyśle, dają mi do myślenia. Zamykam oczy po raz kolejny i wspinam się dalej. A co jeśli to nie Wyspy Kanaryjskie a Medjugorie?