STOP, zatrzymajcie weekend, ja wysiadam…

W piątek, piąteczek, piątunio  powitałam moją siostrę na wrocławskim lotnisku – krótki pobyt, ale weekend aktywny i to najwazniejsze. I spacerniak z Pablitem, i rundka zwiedzania rodziny, i czas na kawę w mieście. Trochę kilometrów autkiem zrobione. Niestety pogoda nie dopisywała i Pablo – książę wielki z trudem odnalazł się wśród kropli deszczu. A wiedzieć musicie, że wejście buldoga na mokrą trawę graniczy z cudem, bo przecież łapki zmoczy. Szanujmy się…

W pracy od piątku chwilowo zwolniłam na rzecz relaksu. Kto by pomyślał? Ale mimo zajęć weekendowych, szczerze powiem, że brak pracy doskwierał. W umyśle pracoholika to tak wygląda, codzienne obowiązki domowe wydają się bezsensownością, bo nie przekładają się w żaden sposób na zwrot kapitału. Nie lubię sprzątania, gotowania – zło konieczne i tak w kółko jak chomik w kołowrotku, nie lubię powtarzalności. Spokojnie, i nad tym pracuję. Wczorajszego wieczora nie obyło się bez leków, ale zasnęłam układając w umyśle plan na dzisiejszy dzień, czyli typowa zadaniowość, która zawsze działa.

Jest już prawie północ, a ja tak bardzo chciałabym zatrzymać czas i pozostać w weekendowym nastroju, lub nawet przeżywać każdorazowo czas od piątku, dopracowując każdą chwilę do perfekcji. Tak to jest, gdy uczysz się odpuszczać wewnętrznej musztrze i pozwalasz sobie na chwilę zapomnienia z daleka od pracy. Dawno nie miałam takiego weekendu. Czas mija tak szybko, a jedynie z obowiązkami kojarzy mi się każdy dzień. Niewiele w życiu mam chwil, gdy nie kontroluje czasu, a wczoraj poruszając się pionkiem po planszy eurobiznesu, cała uwagę koncentrowałam na roli banku, naa wydawaniu kolorowych banknotów, na postojach w wiezieniu, na kupowaniu domków.

Z ciężkim sercem dziś odprowadzałam wzrokiem siostrę do kontroli paszportowej – dzieli nas sporo kilometrów, codzienne życie wzajemnie nam umyka, nie widzimy swoich bolączek, smutków i sukcesów, żyjemy w dwóch różnych rzeczywistościach. I kiedy samolot startował w kierunku jej kraju, a ja pozostałam w kraju, gdzie wszystko jest mi obce, poczułam ogromny smutek, nie z samotności, a raczej z poczucia przegrania. Jakby wir polskiej codzienności wciągnął mnie na dobre i każde odbicie od dna i próba złapania oddechu, kończyła się kolejnym balastem u stopy i powolnym opadaniem pod powierzchnią mętnej wody. Chyba tonę…

Sprawdź Podobne Wpisy