06 11

To już kolejna niedziela, nie mogę uwierzyć jak niezauważalnie mijają tygodnie. Pomimo weekendu w moim umyśle kotłuje się poczucie obowiązku, a świadomość wypełniają jedynie zadania. I tak z moim życiem czuję się jak w wesołym miasteczku, tu przystanę na „watę cukrową”, na chwilę pojawi się uśmiech, następnie coś mnie przestraszy, ale i tak wsiądę na diabelski młyn, a nawet sprawdzę urządzenia, po których długo nie dojdę do siebie, albo wsiądę na nie, bo tak wypada. I kiedy już z każdego skorzystam, powieje nudą, to życie mówi, że czas zacząć od nowa… i tak w kółko.

Wszędzie ozdoby świąteczne, odliczanie czasu do świat i tu włącza się melancholia, tęsknota za Holandią. Ostatnie święta tam właśnie spędzałam z poczuciem wolności. A teraz, rok później, jestem zupełnie na innym etapie…po dwóch przeprowadzkach…po stworzeniu marki, która nigdy nie będzie moja…po zderzeniu ze światkiem korpoludka. To wszystko uczy, ale także rozbija stopniowo ten mur obronny i oto dziś, krucha i z brakiem sił, układam w głowie plany na 2017. Ale o nich opowiem w grudniu.

25 listopada melduję się w cudownym hotelu w Sobótce i rozpoczynam 2-dniową przygodę w poszukiwaniu siebie. I tego potrzebuję najbardziej, sam na sam z myślami, emocjami i bez obowiązków. Ciekawy weekend przede mną.

10 grudnia spełniam kolejne marzenie z listy -> jadę do Pragi za tym jednym, jedynym;] Babski wypad, ale takie są najlepsze.

Wczorajszy dzień był dziwny…godzina 7, otwieram oczy, czuję chłód. Zarówno w mieszkaniu, jak i w sobie samej. Powinnam się cieszyć, przecież to sobota, dzień wolny od korpo i faktycznie jest w tej chwili coś magicznego. A jednak, w myślach pojawia się panika. Spacer z Pablitkiem zawsze ma 2 odsłony, albo jest chwilą dla mnie i odpoczynkiem, albo staje się obowiązkiem nie do zniesienia i każdy opór buldoga doprowadza mnie do furii. Tym razem spokojnie wędruje za upartym czworonogiem. Następnie, odsuwam myśli na bok i jak co weekend, zmierzam do lekarza, robię parę rundek po rondzie w poszukiwaniu wolnego miejsca, jest… Nagle obszar moich myśli zajmuje dźwięk kropli deszczu uderzających z impetem w szyby. A ja – nie wysiadam, wyjmuję kalendarz i piszę: lista to-do. Zadania pozostające w umyśle przytłaczają i paraliżują, kalendarz to idealna recepta dla furiatów i choleryków. Zza szyb widzę kościół i wychodzących z niego ludzi – głównie osoby starsze, tak spędzają sobotni poranek. Z przyzwyczajenia? Z poczucia samotności? Ze strachu przed śmiercią? Dla zabicia czasu?

Godzina 10, kierunek dom, partner czeka już z parasolem na parkingu, kochany. Potem to już tylko praca i ogarnięcie codziennego życia. A jednak o godz. 18 pojawia się myśl zakupów – to zawsze napawa nową energią w weekend. Spokojnie, spokojnie, nie kolejne łachy, zakupy w Pepco dla dzieciaków (dziś jedziemy na urodziny, chyba). Ale nie te zakupy wywarły na mnie ogromne wrażenie, a kawiarenka, zupełnie niepozorna, a jednak domowy klimat wygrywa ze wszystkim naokoło.

gigi GIGI cafe – idealne miejsce na domowe ciasta (pieką wszystko sami) i co zaskakujące, oferują również zestawy śniadaniowe z wieloma opcjami na pierwszy posiłek dnia. Jajecznica, omlet, quiche, kanapki wypełnione po brzegi pysznych nadzieniem – genialne smaki.

Ja wczoraj sięgnęłam po 2 ciasta – jabłecznik i tartę bezową – poezja. Polecam, idealne miejsce na weekend!!!