02 05

W grudniu robiłam podsumowanie 2018 a to już maj zawitał. Sięgnęłam po planner z zadaniami na ten rok i z przerażeniem odkryłam, że pół roku z życia mi spierdzieliło. Dopiero styczeń planowałam i postanowienia noworoczne analizowałam i co? I nic, nic nie wyszło. Ostatnie miesiące dały mi w kość i nadal lewituję nad skrzyżowaniem życia zgadując kierunku. Żadna z dróg nie wydaje się właściwa. Zmiana jest nieunikniona, ale sama zmiana dla zmiany nic dobrego nie przyniesie.

Wielokrotnie otrzymuje pytanie o to, co chcę w życiu robić i jak widzę swoją przyszłość. Milczę wpatrując się we własne odbicie w lustrze. Czarna dziura… Czas na plan naprawczy…

Cele w ostatnich dniach straciły na sile, motywacja osiągnęła poziom -1, a uśmiech zastąpił codzienny grymas frustracji. Oto efekt życiowej machiny zużycia. Potrzebuję dożywotnich wakacji;] A tak na poważnie, mam 32 lata i organizm wyczerpany niczym seniorka rodu. Umysł w natłoku monotonnych zadań, dokonuje naturalnej selekcji, a potwierdzenie wykonania projektu staje się kroplą w morzu nicości. O satysfakcji nie ma mowy.

Czy naprawdę trzeba dotknąć dna, czy chwycić zalążek zmiany?

Ok, to jak ten czas od grudnia do maja spędziłam:

  • odkryłam w sobie małą kuchareczkę! A to za sprawą niesamowitej maszyny, która ograniczyłam mi koszty do minimum, wyręcza mnie w staniu przy garach, otworzyła mi umysł na kuchnie świata i stanowi idealną oszczędność czasu. Mowa oczywiście o garnku połączonym z Internetem;] Trochę w ramach prezentu za ciężką pracę, trochę w ramach chęci zmiany stylu życia i porzucenia żarcia na telefon -> wyposażyłam kuchnię w Thermomix. A ile buntu na około słyszałam, bo przecież tyle kasy, bo to wymysł tego wieku, bo pogotuje i mi się znudzi! Nic bardziej mylnego. Piekę swój chleb co kilka dnia, z ogromną chęcią tworzę najróżniejsze smakowe masełka, a obiady – pomysły niczym nieograniczone i wszystko robi się samo. W końcu nasza duża kuchnia znalazła swoje zastosowanie.
  • zdrowotny rynsztok – życie to jednak ciężkie jest. Czasami tak to już jest, wstajesz rano, niby dzień pracy, patrzysz w lustro i sama siebie pytasz, co dalej. Ogarniam firmę, ogarniam Pabla i mieszkanko, ale siebie – to już wyższa szkoła jazdy. I kiedy już myślisz, że gorzej być nie może, jeb, jelitówka. A raczej jelitówka numer 1 – gastrolit zdziałał cuda. 2 tygodnie później bum – tym razem ostry dyżur, zastrzyk przeciwwymiotny i góra leków. Tak kończy się nie słuchanie znaków organizmu. Byłam wykończona, ledwie na nogach się trzymałam, jedyne ukojenie znajdowałam we śnie. A mimo to wykłady, codzienne prace dla klientów, wyrzuty sumienia z opuszczenia kolejnych zajęć sportowych. Bo przecież Iron Woman nic nie ruszy. Ależ Ty głupia jesteś…
  • przeżyłam wykłady ze studentami / słuchaczami – słowo „przeżyłam” nie jest tu bynajmniej użyte nad wyrost. Weekendowy maraton wykładów na podyplomówce przeżyłam w marcu chyba tylko dzięki energetykom. To jest ciężki kawałek chleba, po całym tygodniu pracy, kierunek: wykłady i weekend z głowy. W niedzielne popołudnie nie wiedziałam jak się nazywam. Ratowała mnie mentalnie niesamowita grupa ludzi i ich zawodowe historie, każdy miał coś do powiedzenia, każdy miał inne doświadczenia za sobą. To chyba w studiach podyplomowych lubię najbardziej. O taką energię trudno na licencjacie – i po 3 latach wykładania E-marketing na ścieżce anglojęzycznej – mówię pas.

Mój plan naprawczy jest stałym schematem na trudniejsze etapy w życiu:

  • sen – wyśpij się, pozwól sobie nic nie robić, być tu i teraz i poświęć chwilę na regenerację.
  • kartka i długopis – nie wyolbrzymiaj obecnej sytuacji, nie twórz w umyśle negatywnych scenariuszy. Spisz same fakty:
    – obecna sytuacja jako punkt wyjścia
    – możliwe rozwiązania – analiza alternatyw
    – miejsce docelowe, czyli gdzie warto dojść. Tu nie odpowiadam na pytanie co bym chciała, bo w takich chwilach zupełnie nic, i nagle się okażę że już nic nie chcę osiągnąć w życiu, że nie ma celu, sensu itd. Jakie więc miejsce docelowe jest warte Twojej uwagi?
    A tak naprawdę na kartce rysuję górę, zaznaczam start wędrówki, określam jej szczyt (miejsce docelowe), rysuję szlaki – kilka alternatywnych możliwości dostania się na samą górę, sprawdzam zasoby i wagę plecaka doświadczeń!

Góra planu naprawczego

  • czas – wyznaczam ramy czasowe, ale nie wybiegam myślami do następnego roku. Miesiąc się wystarczającą jednostką czasową, by móc wrócić z feedbackiem.
  • zasoby – kiedy już stoję pod samiutką górą, patrzę górę, wybieram szlak, upewniam się, że w plecaku zasobów mam potrzebny sprzęt. Muszę mieć pewność, że w połowie realizacji rozwiązania nie zabraknie mi zasobów finansowych, że to co robię ma sens.

Co dalej? Chciałabym przedstawić tu plan na kolejne miesiące, wskazać nowe wyzwania, ale trudno mi zebrać myśli do organizacji najbliższego tygodnia. I jeśli myślicie, że to tylko Wy jesteście na zakręcie życia – grubo się mylicie. Ja – uznawana za zdecydowaną osobę, która spełnia swoje marzenia, odnosi sukcesy – w środku gniję. Uczę się wstawać, uczę się chodzić, bo bieganie właśnie tu mnie zaprowadziło. Biegłam tak szybko, że marzenia stały się oczywistością, straciły na istotności, wyczerpały się w nicości wyreżyserowanego tam na górze, życia.

Kto nie marzy, ten nie żyje.

Autor: Łukasz Kadziewicz