19 09

Zaczynam na nowo odkrywać życie. Przy zderzeniu z codziennością korpoludka nadal płynę pod prąd. Każdy dzień przynosi nową falę przemyśleń i emocji. Uczę się zachowań, reakcji i patrze w kalendarz z nostalgią.

Obecne środowisko, w którym się obracam to labirynt i albo znajdziesz swoją drogę albo zgubisz się na wieki. Tylko dlaczego wciąż szukam napisu EXIT? No dobrze, to dopiero 2 miesiące – powtarzam sobie i codziennie rano wjeżdżając na parking liczę do 10. To tylko 8h. I tu pojawia się lawina. 8h pomnożone przez ilość dni w tygodniu, przez tygodnie, przez miesiące. Jejku, czy ja naprawdę pozwalam, żeby moje życie tak uciekało? Nie myślcie sobie, że nie doceniam możliwości – uwielbiam się uczyć i jeśli tym mój dzień jest wypełniony, czuję rozwój i krok do przodu. Ale to taka przeplatanka myśli, fajnie, bo… do dupy, bo…

Plusy pracy w korporacji:
– stabilność finansowa i zarobki nawet nawet
– możliwość wyboru ścieżki kariery
– praca w języku obcym
– środowisko międzynarodowe
– rozwinięty social
– ciekawi ludzie

Minusy:
– teatr lalek
– brak kreatywności
– nieprzemyślane procesy
– jesteś pionkiem w świecie wielu plansz

Dylemat nadal pozostaje, czy korporacja czy mała firemka, a może praca na swoim? Coś we mnie pęka, każdego dnia gdy po 16 stoję w korku wyczekując spotkania z moim psiakiem. Gdy po spacerze, kładę się w sypialni, spoglądając przez okno, zadaję sobie pytanie, co dalej. Gdy 21 wybija na zegarku jedyna myśl jaka mi towarzyszy to niechęć kolejnego dnia.

I gdzie podziała się ta mądrala, wariatka z pasją do rysunku i robótek ręcznych? Gdzie ten freak makietowy i damultka w szale zakupowym. Czy choroba tak może zmienić człowieka a praca zabrać wszystko co w nim najcenniejsze? Ostatnie lata spędziłam walcząc o wynik finansowy cudzych firm, szukałam miejsca w agencjach interaktywnych, w firmach importowych, w biznesach technologicznych. A nawet liznęłam „własnego” biznesu. W pogoni za kasą, w walce z czasem i ludźmi, zapomniałam o sobie. I kiedy już uświadamiam sobie ile lat życia za mną i z czym wchodzę w wiek 30. lat, mam wrażenie, że złe drzwi otworzyłam.

Nie zrozumcie mnie źle, zawsze miałam to, co chciałam. Licencjat po angielsku – proszę bardzo, podyplomówka ze szkoleń – nie ma problemu, magisterka, bo bez niej wstyd – ok, zrobione. Weekendy w Holandii? – no przecież kasa na koncie jest, a jeśli nie ma to marsz do pracy – ok, szybka piłka. Ale co zrobić, jeśli nie wie się co dalej, kiedy każde rozwiązanie nie daje satysfakcji, i tonie się w morzu własnych ambicji.

Jedno jest pewne, skoro wiem czego nie chcę, o wiele łatwiej będzie mi znaleźć właściwą rzecz. Czas na produkt;]

Cdn.