03 06

I jak to jest, że w sobotę już o 6:30 otwieram oczy, czując zmęczenie wpatruję się w Pablitowskiego i odliczam każdą kolejną sekundę, zanim gotowa do powitania dnia, twardo stawiam stopy na podłodze. Plan był prosty, wyspać się i tym razem nie wyszło. Ale energii mi nie brakuje, tylko znając mój organizm o godz. 14 wpadnę w otchłań przymulenia. Już odczuwam senność i ten stan zawieszenia w czasie, to taki fuck-up umysłu jak nic.

Kawy, potrzebuję kawy;] Ale spokojnie, szybko spacer z buldogiem, kawa i śniadanko dla gości. Tak tak, przyjechali, zawitali, ludziska z holenderskiego raju. A śniadanie? Z racji odstawienia wielu składników, typu chleb, mleko, szynka, idę w potrawy szybkie do zrobienia, ale pożywne i tak:

kasza jaglana, pół jabłka, pół gruszki, pół banana, rodzynki

sniadanie

Wczoraj sushi, dzisiaj sushi – to się nazywa życie;] Ale czasami warto się rozpieszczać, zwłaszcza jak codzienność taka błoga nie jest. Jak pisałam w poprzednim poście, shit happens, dziś to już chyba wyznaję zasadę, że w moim życiu shit happens big time. Pozostało we mnie jeszcze to dziwne zamartwianie, albo swego rodzaju rozczarowanie po popełnienie błędu. Wczoraj mieliśmy drobny fuck-up, który okazał się fuck-upem tylko w moim umyśle i choć słyszę argumenty przemawiające za słusznością mojej decyzji, mój umysł już skazał winnego. Bo przecież zawsze trzeba być idealnym i perfekcjoniści nie popełniają błędów. Bla bla bla. Ale spokojnie, są i na to sposoby. Znacie opowieść o dwóch mnichach?

Dwóch bratnich mnichów wędrowało razem. Przybyli nad strumień i zobaczyli tam młodą kobietę bojaźliwie stojącą na brzegu, nie potrafiącą przejść na drugą stronę. Jeden z mnichów ze zdecydowaniem podniósł ją i przeniósł przez wodę. Poszli dalej.

Około trzech godzin później drugi mnich mówi: „Bracie, czy nie złamałeś przykazania przez niesienie tej kobiety w ramionach?”.
Zdecydowanie mnich odpowiedział: „Bracie, postawiłem ją na ziemi trzy godziny temu, a ty wciąż ja dźwigasz.”

Dobra, zostawiam ten fuck-up na brzegu, za dużo waży;]