28 03

No i stało się. Wciąż nie mogę pojąć jak to jest, że tak dobre osoby tak szybko odchodzą z tego świata – tym razem człowiek wielkiego formatu i serca – ks. Jan Kaczkowski.

Ks. Kaczkowski był założycielem Hospicjum św. Ojca w Pucku i dzielnie wspierał śmiertelnie chorych, dźwigając własne brzemię. Duchowny chorował na nowotwór mózgu, jednak i ta diagnoza nie powstrzymała go przed dawaniem świadectwa, a nawet stała się powodem jego większego zaangażowania. Zawsze w rozmowach z mediami podkreślał swoją wiarę oraz optymistyczne podejście do życia.

Powiedźmy sobie szczerze, jest wśród nas wielu kapłanów, wielu z nich z całą pewnością walczy z chorobami tego świata. W czym więc ks. Jan był wyjątkowy? W odwadze, w szczerości, w nietypowym podejściu do kościoła, w nauczaniu ludzi młodych, do których świetnie trafiał autentycznością swoich zasad. Mówił o sobie onkocelebryta, co rozbawiało wszystkich i pokazywało jak wielki dystans ma do siebie i swojej choroby.

Jeszcze parę miesięcy temu spędzając Święta Bożego Narodzenia w Holandii, szczególnie ucieszył mnie jeden prezent: „Życie na pełnej petardzie”, książka stworzona z udziałem ks. Kaczkowskiego. Mamy już prawie kwiecień, a ja nie zdążyłam nawet jej przeczytać. Dzisiejszy wieczór poświęcam nadrabianiu zaległości.

Mam szczerą nadzieję, że jego nauki przetrwają wiele pokoleń. W moim sercu pozostanie na zawsze. RIP