Wiele osób cierpiących na depresję oswaja codzienny ból, smutek i niechęć do wszystkiego. To właśnie czyni je najsilniejszymi osobami, z jakimi przychodzi nam mieć styczność. Są to osoby, które pod maską uśmiechu, wygłupów czy też wycofania, kryją największego wroga – autodestrukcję, nienawiść do siebie samych, niską samoocenę. Mnie też to spotkało, wśród ludzi, niczym wulkan energii z uśmiechem na twarzy odbierałam każdą chwilę. I tak mijały kolejne dni na studiach, bo o liceum nie warto wspominać. Spędzałam na uczelni całe dnie, byle tylko jak najpóźniej wracać do mieszkania, w którym jeszcze czułam obecność zmarłej mamy. Wspomnienia wracały tnąc mnie na kawałki, a ilość nauki pozwalała zapomnieć. O tym, jak nienawidziłam siebie samej, o tym jak przegrane życie miałam.

Nie rozumiałam śmiejących się twarzy wokół, nie rozumiałam ludzi bez planów na przyszłość, ani tych kujonów z pierwszych ławek. Zawsze pojawiało się to pytanie: ale po co?

Będąc nastolatką, większość dni spędzałam sama. Nie miałam znajomych, paczki przyjaciół, codzienność mijała mi na opiekowaniu się mamą i tęsknocie za siostrą. Czasami zostawiałam mamę w domu, wsiadałam w pociąg do Oleśnicy i próbując odetchnąć, odwiedzałam babcię. Pamiętam każdą wizytę, gdy spacerując po rynku, babcia zaciągała mnie do sklepu odzieżowego i wyciągała ostatnie banknoty z portfela, by mi coś kupić. I tylko ta uwaga, by nikomu nie mówić, bo w oczach rodziny nie zasłużyłam nawet na to. I każde takie zdarzenie budowało we mnie falę smutku, próbę zrozumienia, wynajdywania argumentów na słuszność ich osądów i wewnętrzną niechęć. Szybka nastoletnia analiza i wnioski oczywiste, bo skoro nie zasługiwałam nawet na 30 zł, to co ja mogłam być warta w ich oczach.

Wracałam więc do codziennych obowiązków z podkulonym ogonem. Szkoła, opieka nad mamą i tak dni, miesiące, lata uciekały. Wtedy jeszcze miałam siły, czerpałam je z wiary, że pracuję na lepszą przyszłość, że mimo moich wad i szeroko rozumianego nieprzystosowania do życia w społeczeństwie, zdarzy się coś wyjątkowego. A tu, los po raz kolejny kopną mnie w tyłek.

Do smutku przywykłam od najmłodszych lat, do poczucia beznadziejności i braku iskry radości. A mimo to każdego dnia stawiałam czoła nowym wyzwaniom. A właściwie nawet wstanie z łóżka było wyzwaniem. Wówczas też nauczyłam się skutecznej metody na drobne radości. Wskazówka 4 – metoda otwartej dłoni – kiedy tylko otworzysz oczy z rana, zanim Twój dzień pochłonie Cię w całości – popatrz na swoją dłoń i wylicz na niej 5 powodów wdzięczności. Wymień 5 elementów swojego życia, za które jesteś wdzięczna. Pierwsze dni będą ciężkie, bo przecież jak życie tak bezsensowne, to za co można być wdzięcznym. Potem już idzie z górki. Zerknij na mój przykład poniżej:

1- jestem wdzięczna za buldożka, który jak nikt inny, szczerze cieszy się na mój widok z rana
2 – jestem wdzięczna na nowe biuro, miejsce, do którego może bezstresowo zmierzać, co rano
3 – jestem wdzięczna za promienie słońca, które przedzierają się przez żaluzje do pokoju
4 – jestem wdzięczna za bilet do Holandii, który już zerka na mnie z biurka – za to, że tak mogę weekendy spędzać
5 – jestem wdzięczna za szansę godzinnej terapii w miesiącu

Nie liczcie na to, że wyjście z depresji to pozbycie się smutku. Będą chwile przygnębienia, ale smutku innego rodzaju, bardziej naturalności spowodowanej konkretnym wydarzeniem, chwilowego spadku nastroju. Mimo, że zaczniecie żyć tu i teraz, demony przeszłości nie śpią, grunt to je zaakceptować. Jak już niesiesz ten ciężki plecak ze sobą nie zawsze czeka Cię gładka droga blisko natury, niektóre etapy drogi są strome bądź też czeka się walka ze sobą i spacer pod górkę – ale warto! Obiecuję!

Sprawdź Podobne Wpisy